Opowieść majętnego biznesmena, który postanowił zawitać do ciekawych miejsc na kuli ziemskiej. Wybrał do tego motocykl BMW 1200 GS. Pewnie dostanę po głowie od wielbicieli tej książki (tak, tak są tacy) ale dla mnie była nijaka. Nie była ciekawa, nie była śmieszna, nie była inspirująca... była prosta.
Oskroba jedzie sobie na motorze i opisuje co mu się podoba, co mu się nie podoba, co mija i co wyprzedza. Brak w książce większych emocji, napięcia. Ot, kolejny pamiętnik z podróży przez Australię i Azję. Na potwierdzenie przywołuje krótki opis Bangkoku „Tajlandia to 64 miliony mieszkańców. Bangkok to mnóstwo wspaniałych świątyń buddyjskich, imponujący pałac królewski, całkiem niezły transport publiczny, no i doskonała bardzo ostra kuchnia” i tak do końca książki o kolejnych miejscach…
Na książkę zerkam przychylniejszym okiem po przeczytaniu wewnętrznej okładki. Autor pisze o tym, co tak naprawdę sprawiło, że wyjechał: „Nigdy nie miałem czasu dla siebie. Od osiemnastego roku życia pracuję dużo i ciężko, prowadząc własny biznes. (…) Jednak nadmiar pracy i koncentracja na działalności zawodowej wywołały stres i uświadomiły, że coś mi umyka, coś tracę. Powoli popadałem w apatię graniczącą z depresją. (…) Te podróże mnie zmieniły.” Rozmowa z autorem,o tym co zmieniło się po powrocie byłaby z pewnością ciekawsza niż opis podróży.
Książka spodoba się panom pod 50-tkę, którzy chcą jeszcze raz w życiu poczuć wiatr we włosach.
Przeczytałam gdzieś, że ta książka jest jak opowieść kumpla przy piwie. Niestety ja nie piję piwa.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Obsługiwane przez usługę Blogger.
0 komentarze:
Prześlij komentarz